Za dwa dni miną dwa miesiące jak jestem w USA, a czuję się tu już jak w domu, ale miałam opowiedzieć trochę o początkach.
Kiedy autobusem pełnym au pair dojechaliśmy do White Plains byłam tak zestresowana, że przez moją nieuwagę moja jedyna kurtka, którą miałam ze sobą, pojechała do Bostonu z Kasią (I coś nie mogę jej do tej pory odebrać).
Jedyne co wiedziałam to to, że następne 40 minut będę sama w aucie z hostem i zapewne będzie panować niezręczna cisza bo ja będę bała się odezwać przez wzgląd na mój słaby angielski. Jednak po 5 minutach jazdy okazało się, że po 1 mój host to bardzo wesoły i rozgadany człowiek, a po 2 mój angielski wcale nie jest taki tragiczny jak mi się wydawało.
USA - miejsce w którym bez GPSa nie wyjeżdża się poza podwórko (a przynajmniej tu w CT), a i tak nie gwarantuje to bezproblemowego dojazdu do celu - jak się można domyśleć - zgubiliśmy się 3 razy.
Wiedziałam jak dom wygląda z zewnątrz, ale i tak zrobił na mnie wrażenie. Jeszcze większe wrażenie zrobił na mnie hol z ogromnym żyrandolem i imponującymi schodami.
Hostka przywitała mnie bardzo ciepło, zaprowadziła do pokoju, pokazała wszystko po czym obie poszłyśmy się rozpakować (ona właśnie wróciła z Vegas).
Rzucili mnie od razu na głęboką wodę, bo w ten sam dzień co ja, w domu pojawili się również rodzice hosta, ale dzięki temu dzieci były też bardziej zaaferowane tym, że widzą dziadków niż moją obecnością.
Starsi chłopcy Ethan i Owen grzecznie się przywitali, grzecznie podziękowali za prezenty i dali mi trochę ochłonąć, Zeke, mój najmłodszy podopieczny pokochał mnie z miejsca za nowe "treasures" do jego kolekcji. Takiej radości w oczach dziecka chyba nigdy nie widziałam,
Z każdym dniem bywało lepie. Ja przestawałam się bać mówić, dzieci coraz bardziej się przede mną otwierały, coraz pewniej czułam się poruszając po domu, robiąc jedzenie czy pakując dzieciaki do szkoły.
Teraz jestem na etapie - chcę coś to biorę, bo wiem, że i tak nikt nic nie powie. Dzieci bez problemów przychodzą się do mnie przytulić, ja bez problemu krzyczę, kiedy wyprowadzają mnie z równowagi, ale z obu stron jest szacunek i przyjaźń.
Hości ufają mi i jest to miłe kiedy dają mi to odczuć. Traktują jak członka rodziny, rozmawiają, żartują, starają się jak najlepiej mnie poznać.
A moje dzieciaki ?
E to najinteligentniejszy 12latek jakiego w życiu spotkałam. Można z nim porozmawiać na każdy temat, zawsze chce wiedzieć jeszcze więcej. Potrafi spędzić ze mną godzinę po prostu rozmawiając, zamiast iść grać czy oglądać TV. Oczywiście to wiek buntu, który często się u niego przejawia,( :D ) ale nigdy w stosunku do mnie.
O to moje słoneczko. Niespodziewanie mówi najsłodsze komplementy świata, przytula się tak o bez najmniejszego powodu. Chodzi wiecznie z głową w chmurach, ale ma przy tym tak słodkie oczy, że jak muszę mu czegokolwiek odmówić to mam ochotę płakać. Niebezpieczny dzieciak :p
Z to mój łobuz. Potrafi być aniołkiem, który robi wszystko czego chcę, ale też potrafi być największym awanturnikiem na świecie. Czasami jest ciężko, ale słuchając opowieści niektórych Au Pairek i tak uważam, że mam idealny PM.
To chyba tyle z początków.
Może następnym razem coś po prostu o USA :)
Buziaki
ooo, gdzie dokładnie mieszkasz? przylatuję do CT za dwa miesiące i już nie mogę się doczekać!
OdpowiedzUsuńNiezła rodzinka :) Jeżeli mogłabym wybierać, to najchętniej zamieszkałabym właśnie z rodziną z dwójką chłopaków, najlepiej 4-10 lat :) Najbardziej uroczy wiek, jak dla mnie :)
OdpowiedzUsuń