Długie godziny spędzałyśmy wtedy wyszukując informacji o LA i NYC, oraz o możliwościach wyjechania tam legalnie, za stosunkowo niewielkie pieniądze i tak, żeby równocześnie zwiedzić, zarobić i poznać życie tam nie jako turysta, a jako mieszkaniec. W ten oto sposób szybko trafiłyśmy na biura Au Pair.
Przekonywanie rodziców, studia i inne przeszkody sprawiły, że minęło jakieś 5-6 lat zanim podjęłam się realizacji planu, ale już za 7 dni dokładnie o tej porze będę siedziała w samolocie do Nowego Jorku :)
Milion broszur z różnych biur, jedno spotkanie w Katowicach, cztery dni wypełniania obszernej aplikacji, sześć rodzinek na koncie w niecałe dwa tygodnie i ta jedna, jedyna rodzinka, która podbiła moje serducho, do której jadę i która, mam nadzieję, będzie dokładnie taka jak się wydaje. Od tego czasu trzy miesiące czekania na wylot - a już niedługo spełnienie marzeń. Nie do wiary jak czas szybko zleciał.
Czasami mam wrażenie, że jeszcze to wszystko do mnie do końca nie dociera. Ciężko uwierzyć, że za parę dni już nie pójdę z przyjaciółkami na kawę lub imprezę, nie wyślę im dziennie 50 smsów, nie odwiozę siostry rano do szkoły, a mama znów nie będzie marudzić, że nie może spać bo siedzę po nocach. Nie umiem wyobrazić sobie, że będę się budzić w moim, a jednak obcym pokoju i łóżku, z obcymi ludźmi pod jednym dachem, mówiącymi w innym języku i tak naprawdę nie będę miała tam nikogo kogo znam od lat. Nie spotkam znajomych twarzy na ulicy, nie będę mieć wspomnień związanych z mijanymi miejscami, wszystko będzie nowe, obce, niezwykłe.
Będą łzy, tęsknota i chwile zwątpienia, ale nie da się spełniać marzeń siedząc na tyłku. Trzeba ryzykować żeby żyć, poznawać siebie i mieć co później wspominać :)
Dlatego, z buziakami dla wszystkich, którzy mówili mi "I tak nie pojedziesz", "Nie uda Ci się" - już za późno na odwrót, jest wiza, jest bilet, są prawie spakowane walizki. Pozostało odliczanie dni, godzin i minut.
Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.
