czwartek, 4 grudnia 2014

Pierwsze dni

Zabranie się za pisanie tu wcale nie jest takie łatwe jak na początku myślałam. Mimo że wydaje mi się jakbym miała tu dłuższą dobę niż normalnie, to zawsze jest coś innego, ciekawszego do zrobienia, albo po prostu padam tak wykończona, że jakakolwiek wena na pisanie jest już dawno uśpiona. 

Za dwa dni miną dwa miesiące jak jestem w USA, a czuję się tu już jak w domu, ale miałam opowiedzieć trochę o początkach. 

Kiedy autobusem pełnym au pair dojechaliśmy do White Plains byłam tak zestresowana, że przez moją nieuwagę moja jedyna kurtka, którą miałam ze sobą, pojechała do Bostonu z Kasią (I coś nie mogę jej do tej pory odebrać).
Jedyne co wiedziałam to to, że następne 40 minut będę sama w aucie z hostem i zapewne będzie panować niezręczna cisza bo ja będę bała się odezwać przez wzgląd na mój słaby angielski. Jednak po 5 minutach jazdy okazało się, że po 1 mój host to bardzo wesoły i rozgadany człowiek, a po 2 mój angielski wcale nie jest taki tragiczny jak mi się wydawało. 
USA - miejsce w którym bez GPSa nie wyjeżdża się poza podwórko (a przynajmniej tu w CT), a i tak nie gwarantuje to bezproblemowego dojazdu do celu - jak się można domyśleć - zgubiliśmy się 3 razy. 
Wiedziałam jak dom wygląda z zewnątrz, ale i tak zrobił na mnie wrażenie. Jeszcze większe wrażenie zrobił na mnie hol z ogromnym żyrandolem i imponującymi schodami. 
Hostka przywitała mnie bardzo ciepło, zaprowadziła do pokoju, pokazała wszystko po czym obie poszłyśmy się rozpakować (ona właśnie wróciła z Vegas). 
Rzucili mnie od razu na głęboką wodę, bo w ten sam dzień co ja, w domu pojawili się również rodzice hosta, ale dzięki temu dzieci były też bardziej zaaferowane tym, że widzą dziadków niż moją obecnością. 
Starsi chłopcy Ethan i Owen grzecznie się przywitali, grzecznie podziękowali za prezenty i dali mi trochę ochłonąć, Zeke, mój najmłodszy podopieczny pokochał mnie z miejsca za nowe "treasures" do jego kolekcji. Takiej radości w oczach dziecka chyba nigdy nie widziałam, 

Z każdym dniem bywało lepie. Ja przestawałam się bać mówić, dzieci coraz bardziej się przede mną otwierały, coraz pewniej czułam się poruszając po domu, robiąc jedzenie czy pakując dzieciaki do szkoły. 
Teraz jestem na etapie - chcę coś to biorę, bo wiem, że i tak nikt nic nie powie. Dzieci bez problemów przychodzą się do mnie przytulić, ja bez problemu krzyczę, kiedy wyprowadzają mnie z równowagi, ale z obu stron jest szacunek i przyjaźń. 
Hości ufają mi i jest to miłe kiedy dają mi to odczuć. Traktują jak członka rodziny, rozmawiają, żartują, starają się jak najlepiej mnie poznać. 
A moje dzieciaki ? 
E to najinteligentniejszy 12latek jakiego w życiu spotkałam. Można z nim porozmawiać na każdy temat, zawsze chce wiedzieć jeszcze więcej. Potrafi spędzić ze mną godzinę po prostu rozmawiając, zamiast iść grać czy oglądać TV. Oczywiście to wiek buntu, który często się u niego przejawia,( :D ) ale nigdy w stosunku do mnie. 
O to moje słoneczko. Niespodziewanie mówi najsłodsze komplementy świata, przytula się tak o bez najmniejszego powodu. Chodzi wiecznie z głową w chmurach, ale ma przy tym tak słodkie oczy, że jak muszę mu czegokolwiek odmówić to mam ochotę płakać. Niebezpieczny dzieciak :p
Z to mój łobuz. Potrafi być aniołkiem, który robi wszystko czego chcę, ale też potrafi być największym awanturnikiem na świecie. Czasami jest ciężko, ale słuchając opowieści niektórych Au Pairek i tak uważam, że mam idealny PM. 

To chyba tyle z początków. 
Może następnym razem coś po prostu o USA :) 
Buziaki

sobota, 11 października 2014

Welcome in America

Soo... What am I doing here?! OMG!

Zaczynając od początku razem z Kasią prawie spóźniłyśmy się na samolot w Londynie. Było sporo strachu, ale, na szczęście, dobiegłyśmy w ostatniej chwili! Lot generalnie - jak dla mnie - jak jazda autobusem po polskich drogach ;p może dlatego czułam się bezpieczniejsza. Jedzenie w samolocie, o dziwo, bardzo dobre:)
Dalej, w końcu, lotnisko JFK w New York :D
I tu się dopiero zaczyna... Prawie dwie godziny czekania, żeby przejść przez odprawę, dostać wizę pozwalającą na przebywanie w USA. Naprawdę męczące po prawie ośmiu godzinach lotu... Not funny...
Ale w końcu, po odebraniu bagaży spotkałyśmy miłego pana z różową karteczką z napisem "Cultural Care Au Pair", który, o dziwo!, zamiast do małego busa wsadził nasze bagaże i nas do małej limuzyny! Niesamowite przywitanie, serio!
W szkole wszystko szybko, bo późno i każdy zmęczony.
Pokoje, nie najgorsze, ale moje drzwi skrzypiały niesamowicie (!), a łóżka pokryte były folią więc każdy najmniejszy ruch budził wszystkich.
Zajęcia (i tu niespodzianka!) SUPER! Nauczycielka (Joyce) najzabawniejsza, najsympatyczniejsza nauczycielka na świecie! Serio :)
Udało nam się poznać też inną nauczycielkę, która również była przezabawna. Zaczynam wierzyć, że tacy po prostu są Amerykanie i to na prawdę fajne.
Policjant (sic!), z którym mieliśmy zajęcia o bezpieczeństwie wyglądał tak, jak zawsze sobie wyobrażałam Amerykańskich policjantów (brzuszek obowiązkowy!) i był tak zabawny, że ponad 70 osób w auli (czyli wszyscy:D) płakało ze śmiechu! Really!!!
Sam kampus - dla mnie cudo! Naprawdę pięknie, zielono, pachnie oceanem, trochę bardziej w stronę miasteczka pachnie żywicą, biegają sarny, gęsi (albo coś takiego) i wiewiórki. Budynki są przepiękne. Zwłaszcza o wschodzie i zachodzie słońca. Magiczny widok.
Miasteczko obok! OMG! Tak piękne, że spacerując po nim śmiałyśmy się same do siebie. Dla kogoś pewnie byłoby to po prostu amerykańskie miasteczko. Osobiście czułam się jakby ktoś wyciągnął mnie w środku nocy z łóżka, wrzucił w amerykański serial i spełnił wszystkie moje marzenia.
Wycieczka po NYC! W stylu NYC - szybko, wszystko na raz i niesamowicie. Kocham NYC! Serio. Kocham Central Park mimo że widziałam tylko jego malutki fragment. Uwielbiam nowojorskie hot-dogi (kiszona kapusta? serio?!). Cheesecake jest tak niesamowity, że mogłabym go jeść tonami (nie będę tylko dlatego, że nie chcę wrócić okrągła jak on:D). Wiewiórki są szare, nie rude i są dosłownie wszędzie. Wpierdzielają te swoje małe orzeszki czy cokolwiek i są przy tym tak słodkie i oswojone, że aż się łezka kręci w oku. W całym sowim życiu nie widziałam tylu wiewiórek co w ciągu ostatnich dwóch dni. So Sweet.
Widok z Top Of The Rock w Rockefeller Center niesamowity, mimo że wiatr głowę urywa. Ilość świateł jest tak ogromna, że tak na prawdę nie wiadomo gdzie patrzeć. No i Time Square! Można oślepnąć, a i tak do końca życia być szczęśliwym! I wszędzie pizza za dolara i pamiątki z I <3 NY! Też kupiłam! A co!
No i w końcu przyjazd do Host Family. Totalny stres w drodze, ból brzucha, brak tlenu... I niespodzianka! Nie było tak źle, ale o tym w następnej notce :)

Buziaczki z ... w sumie już z Fairfield, ale niech będzie, że jeszcze z New York City!

Kampus W Oakland





Flaga w miasteczku







Wiewiórka w Central Parku





niedziela, 5 października 2014

Pakowanie...

To cięższe niż myślałam. Serio.

Środa, koło 18.

Siedzę pośrodku czegoś co z ledwością przypomina mój pokój. Ciuchy, buty, książki są dosłownie wszędzie, a w mojej nowej, ślicznej walizce są zaledwie dwie bluzki... I nie wiem za bardzo co dalej. Co z tego, że mam zrobioną całą listę rzeczy do zabrania, skoro nie umiem się za to zabrać? Co mam spakować do podręcznej torby? Co do głównego bagażu?



Kolo 18:40

Kilka rzeczy więcej w walizce -postęp.
Plus opieprz od Klaudii, że jej nie powiedziałam o blogu - pozdrawiam Mendo :D Ty tak doktorka jutro potraktuj, a nie tu na niewinnych krzyczysz ;)
Stwierdzam, że jak zmieszczę do podręcznej walizki wszystko co potrzebuję na pierwsze pięć dni to będę boska.

Koło 20:15

No dobra, idzie powoli coraz lepiej. 1/3 każdej walizki spakowana.  Najgorsze (!), że nie zmieszczą mi się książki, które chciałam zabrać :( Smuteczek...

Czwartek koło 18:00

Nie chce mi się. Serio. A wieczorem impreza :p Spakuję się jutro ;p

Piątek 20:00

Coś mówiłam, że wczoraj była impreza? ... Ale przynajmniej resztę prezentów kupiłam!

Sobota koło 15:00

Kupione wszystko. Chyba... Tak mi się wydaje.
Ale niech mi łaskawie ktoś do cholery powie w jaki sposób zapakować się na rok biorąc tylko 19 kg!?! Jak same słodycze, dla mojej Host Family i na Candy Party na kursie, ważą ponad 2 kg...

Koło 16:30

Po przepakowaniu połowy rzeczy inaczej połowa walizki głównej i połowa podręcznej spakowane! Połowa sukcesu :D

Poniedziałek koło 3 nad ranem

Po wczorajszych długich męczarniach jakimś cudem jestem spakowana! Wydaje mi się to aż nierealne biorąc pod uwagę fakt, że jakieś pięć godzin temu moja walizka kompletnie nie chciała się zamknąć!
No ale komu w drogę temu.... Fuck!! Jeszcze botki...

Koło 3:20

Uff...! No to w drogę!

See U soon!

poniedziałek, 29 września 2014

Dream come true.

Cała ta historia z Au Pair tak naprawdę zaczęła się już ładne kilka lat temu, kiedy to pewna niepozorna osóbka wszczepiła mi do głowy pomysł, że zdecydowanie lepszym miejscem do życia dla mnie będzie Ameryka :) A ja jej uwierzyłam.
Długie godziny spędzałyśmy wtedy wyszukując informacji o LA i NYC, oraz o możliwościach wyjechania tam legalnie, za stosunkowo niewielkie pieniądze i tak, żeby równocześnie zwiedzić, zarobić i poznać życie tam nie jako turysta, a jako mieszkaniec. W ten oto sposób szybko trafiłyśmy na biura Au Pair.
Przekonywanie rodziców, studia i inne przeszkody sprawiły, że minęło jakieś 5-6 lat zanim podjęłam się realizacji planu, ale już za 7 dni dokładnie o tej porze będę siedziała w samolocie do Nowego Jorku :)
Milion broszur z różnych biur, jedno spotkanie w Katowicach, cztery dni wypełniania obszernej aplikacji, sześć rodzinek na koncie w niecałe dwa tygodnie i ta jedna, jedyna rodzinka, która podbiła moje serducho, do której jadę i która, mam nadzieję, będzie dokładnie taka jak się wydaje. Od tego czasu trzy miesiące czekania na wylot - a już niedługo spełnienie marzeń. Nie do wiary jak czas szybko zleciał.
Czasami mam wrażenie, że jeszcze to wszystko do mnie do końca nie dociera. Ciężko uwierzyć, że za parę dni już nie pójdę z przyjaciółkami na kawę lub imprezę, nie wyślę im dziennie 50 smsów, nie odwiozę siostry rano do szkoły, a mama znów nie będzie marudzić, że nie może spać bo siedzę po nocach. Nie umiem wyobrazić sobie, że będę się budzić w moim, a jednak obcym pokoju i łóżku, z obcymi ludźmi pod jednym dachem, mówiącymi w innym języku i tak naprawdę nie będę miała tam nikogo kogo znam od lat. Nie spotkam znajomych twarzy na ulicy, nie będę mieć wspomnień związanych z mijanymi miejscami, wszystko będzie nowe, obce, niezwykłe.
Będą łzy, tęsknota i chwile zwątpienia, ale nie da się spełniać marzeń siedząc na tyłku. Trzeba ryzykować żeby żyć, poznawać siebie i mieć co później wspominać :)
Dlatego, z buziakami dla wszystkich, którzy mówili mi "I tak nie pojedziesz", "Nie uda Ci się" - już za późno na odwrót, jest wiza, jest bilet, są prawie spakowane walizki. Pozostało odliczanie dni, godzin i minut.



Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.