sobota, 11 października 2014

Welcome in America

Soo... What am I doing here?! OMG!

Zaczynając od początku razem z Kasią prawie spóźniłyśmy się na samolot w Londynie. Było sporo strachu, ale, na szczęście, dobiegłyśmy w ostatniej chwili! Lot generalnie - jak dla mnie - jak jazda autobusem po polskich drogach ;p może dlatego czułam się bezpieczniejsza. Jedzenie w samolocie, o dziwo, bardzo dobre:)
Dalej, w końcu, lotnisko JFK w New York :D
I tu się dopiero zaczyna... Prawie dwie godziny czekania, żeby przejść przez odprawę, dostać wizę pozwalającą na przebywanie w USA. Naprawdę męczące po prawie ośmiu godzinach lotu... Not funny...
Ale w końcu, po odebraniu bagaży spotkałyśmy miłego pana z różową karteczką z napisem "Cultural Care Au Pair", który, o dziwo!, zamiast do małego busa wsadził nasze bagaże i nas do małej limuzyny! Niesamowite przywitanie, serio!
W szkole wszystko szybko, bo późno i każdy zmęczony.
Pokoje, nie najgorsze, ale moje drzwi skrzypiały niesamowicie (!), a łóżka pokryte były folią więc każdy najmniejszy ruch budził wszystkich.
Zajęcia (i tu niespodzianka!) SUPER! Nauczycielka (Joyce) najzabawniejsza, najsympatyczniejsza nauczycielka na świecie! Serio :)
Udało nam się poznać też inną nauczycielkę, która również była przezabawna. Zaczynam wierzyć, że tacy po prostu są Amerykanie i to na prawdę fajne.
Policjant (sic!), z którym mieliśmy zajęcia o bezpieczeństwie wyglądał tak, jak zawsze sobie wyobrażałam Amerykańskich policjantów (brzuszek obowiązkowy!) i był tak zabawny, że ponad 70 osób w auli (czyli wszyscy:D) płakało ze śmiechu! Really!!!
Sam kampus - dla mnie cudo! Naprawdę pięknie, zielono, pachnie oceanem, trochę bardziej w stronę miasteczka pachnie żywicą, biegają sarny, gęsi (albo coś takiego) i wiewiórki. Budynki są przepiękne. Zwłaszcza o wschodzie i zachodzie słońca. Magiczny widok.
Miasteczko obok! OMG! Tak piękne, że spacerując po nim śmiałyśmy się same do siebie. Dla kogoś pewnie byłoby to po prostu amerykańskie miasteczko. Osobiście czułam się jakby ktoś wyciągnął mnie w środku nocy z łóżka, wrzucił w amerykański serial i spełnił wszystkie moje marzenia.
Wycieczka po NYC! W stylu NYC - szybko, wszystko na raz i niesamowicie. Kocham NYC! Serio. Kocham Central Park mimo że widziałam tylko jego malutki fragment. Uwielbiam nowojorskie hot-dogi (kiszona kapusta? serio?!). Cheesecake jest tak niesamowity, że mogłabym go jeść tonami (nie będę tylko dlatego, że nie chcę wrócić okrągła jak on:D). Wiewiórki są szare, nie rude i są dosłownie wszędzie. Wpierdzielają te swoje małe orzeszki czy cokolwiek i są przy tym tak słodkie i oswojone, że aż się łezka kręci w oku. W całym sowim życiu nie widziałam tylu wiewiórek co w ciągu ostatnich dwóch dni. So Sweet.
Widok z Top Of The Rock w Rockefeller Center niesamowity, mimo że wiatr głowę urywa. Ilość świateł jest tak ogromna, że tak na prawdę nie wiadomo gdzie patrzeć. No i Time Square! Można oślepnąć, a i tak do końca życia być szczęśliwym! I wszędzie pizza za dolara i pamiątki z I <3 NY! Też kupiłam! A co!
No i w końcu przyjazd do Host Family. Totalny stres w drodze, ból brzucha, brak tlenu... I niespodzianka! Nie było tak źle, ale o tym w następnej notce :)

Buziaczki z ... w sumie już z Fairfield, ale niech będzie, że jeszcze z New York City!

Kampus W Oakland





Flaga w miasteczku







Wiewiórka w Central Parku





3 komentarze:

  1. Zazdroszczę, że już tam jesteś... ja nadal tkwię w PL, w dodatku na etapie rozmów, czyli: "O Boże jak z nimi rozmawiać, co powiedzieć..." Straszne toooo ;p
    Zdrowiej tam, a nie zachciało Ci się chorowania... !
    iii... czekam na kolejną notkę :)
    Klaudynaaaaa

    OdpowiedzUsuń
  2. ooo, już znalazłam odpowiedź na mój poprzedni komentarz :) ja też lecę do Fairfield! ♥

    OdpowiedzUsuń